Guilty Crown ZakońCzenie

Guilty Crown ZakońCzenie

Serial Oglądaj odcinki według kolejnośc. Ten serial opowiada jedną historię we wszystkich odcinkach. Oglądanie po kolei ma duże znaczenie dla zachowania ciągłości fabuły i śledzenia wszystkich wątków.

Po apokaliptycznej epidemii Japonia traci niezależność na rzecz międzynarodowej organizacji. Licealista Shu, który odkrył w sobie niezwykłą moc, dołącza do ruchu oporu. więcej mniej

Tanuki

Po pladze wirusa Lost Christmas w 2029 władza w Japonii została przejęta przez międzynarodową organizację GHQ. Minęło już dziesięć lat od tych tragicznych wypadków i ludzie zaczęli się pomału przyzwyczajać do okupacji. Pewnego razu siedemnastoletni Shu Ohma ukrywa przed patrolem GHQ piękną separatystkę imieniem Inori. W wynikuPo pladze wirusa Lost Christmas w 2029 władza w Japonii została przejęta przez międzynarodową organizację GHQ. Minęło już dziesięć lat od tych tragicznych wypadków i ludzie zaczęli się pomału przyzwyczajać do okupacji. Pewnego razu siedemnastoletni Shu Ohma ukrywa przed patrolem GHQ piękną separatystkę imieniem Inori. W wyniku sensacyjnego splotu wydarzeń chłopiec otrzymuje niezwykłą moc pozwalającą kontrolować tzw. Voidy. Przez to Shu zostaje wciągnięty w niebezpieczną grę pomiędzy GHQ, a bojownikami z grupy Undertaker, którzy chcą przywrócić niepodległość w kraju kwitnącej wiśni.

Japonią, Sztuką, Fandomem I Glanami Przez Polskę.: Statuetka 1/8 Inori Yuzuriha Od Good Smile Company

Jestem właśnie świeżo po seansie całego sezonu, który łyknąłem na raz w jeden dzień. W sumie to, że serial jest wypełniony nawiązaniami do religii nie jest zbyt odkrywcze. Ale słysząc imię Da'at zacząłem zastanawiać się kim on jest. Zwłaszcza, że kiedyś już je słyszałem i byłem pewien, że coś na temat Da'at czytałem....więcej

Zaczne od tego, ze zaczalem swoja przygode z anime jeszcze w latach 90. legendarnym Generalem Daimosem, puszczanym na rownie legendarnej Polonii 1, jednak na powaznie zaczalem ogladac od czasu, jak kumpel polecil mi Death Note. Potem bylo juz tylko lepiej! Cowboy Bebop (wow), Code Geass (wow!!!) no az w koncu...

Jeszcze nie oglądałem tego anime ale z opisu wygląda ja słaba wersja code geass. Jeszcze mam dwa do obejrzenia więc pytanie czy warto?x Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl plików cookie znajdziesz w polityce prywatności.

Ryuugajou Nanana No Maizoukin (2014)

Zrzynać każdy może, czasem lepiej, a czasem gorzej… Ale nawet porządny plagiat wymaga czegoś więcej niż to, co dają nam twórcy Guilty Crown.

W niedalekiej przyszłości, na początku dwudziestego pierwszego wieku, Japonię zmienił nie do poznania potworny kataklizm – epidemia tajemniczego wirusa Lost Christmas. Choć od tego czasu minęło już wiele lat, kraj wciąż zmaga się z reperkusjami tamtych wydarzeń. Autorytarny rząd twardo trzyma łapę na zasobach szczepionki, a w „zakażonych” dzielnicach, objętych kwarantanną, nie obowiązują już prawa człowieka. Ruch oporu pod przewodnictwem rasowego bishounena Gaia stara się przeciwstawić rządzącej organizacji militarnej i przywrócić wolność obywatelom. A gdzieś daleko od tego wszystkiego, w ładnym, przytulnym mieszkanku, za pieniądze żyjącej z rządowej pensji mamusi, spokojnie egzystuje sobie Shu. Nazwać go Zwyczajnym Japońskim Nastolatkiem byłoby obrazą dla wszystkich Japończyków, nie tylko nastoletnich, ale o tym później. Na razie wiedzieć musimy tylko, że Shu to smętny romantyk, wzdychający do wschodzącej internetowej gwiazdki Inori, ale poza tym niczym niewyróżniający się z tłumu. Do czasu oczywiście. Jak na Zwyczajnego (powiedzmy) Japońskiego Nastolatka przystało, Shu już po dwudziestu minutach pierwszego odcinka w sposób podejrzanie przypominający zawiązanie akcji Code Geass zdobywa potężną moc, która zadecyduje o losach przynajmniej ruchu oporu, a w porywach nawet świata. Znamy? Pewnie, że znamy. Ale przecież nawet najbardziej sztampową historię zdarza się opowiedzieć w niezwykły, na wskroś oryginalny i wciągający sposób…

Guilty

Nie tym razem. Guilty Crown jeszcze przed premierą wzbudziło moje zainteresowanie ze względu na scenarzystę, pracującego wcześniej właśnie przy Code Geass – tamten tytuł to jeden z najlepszych przykładów tego, jak grając zużytymi schematami, można zrobić pierwszorzędną serię rozrywkową. Nie oczekiwałem niczego ponad powtórkę z rozrywki, ale i tak się przeliczyłem. Guilty Crown to jednak zupełnie inna liga, ładna, ale nijaka i zwyczajnie nudna mieszanka Geassa z Evangelionem, która sama w sobie, nie licząc oprawy audiowizualnej, nie jest właściwie nic warta. Plusy? Animacja i niezła muzyka, świetne projekty postaci. Minusy? Skrócona lista poniżej.

White Album 2 (2013)

Pierwszym i największym grzechem Guilty Crown jest bez wątpienia główny bohater. Już po pierwszych odcinkach większość „tych złych” zyskała sobie więcej sympatii widzów niż Shu, a w zasadzie każda postać pozytywna sprawowałaby się lepiej w roli głównego bohatera niż on. Shu to taki Shinji Ikari do kwadratu, a nawet jeszcze gorzej – o ile Shinji miał przynajmniej w miarę konkretne i znane od początku serii problemy, o tyle Shu robi po prostu wrażenie rasowego „emo” – przesadnie emocjonalnego chłopczyka, zajętego przeżywaniem swoich uczuć tak bardzo, że nie zauważa, jak wokół niego inni ludzie radzą sobie z o wiele poważniejszymi problemami. Nie pomaga zestawienie z Gaiem, charyzmatycznym przywódcą ruchu oporu, dla którego Shu staje się czymś w rodzaju… Kojarzycie Tołdiego podnóżka z Gumisiów? A zatem Shu to właśnie taki podnóżek, tyle że w odróżnieniu od Tołdiego nie jest ani sympatyczny, ani zabawny. Oczywiście później wychodzi na jaw jakaś trauma z dzieciństwa, w ostatnich odcinkach twórcy próbują rozwinąć postać Shu, ale wszystko to wypada niezbyt wiarygodnie, a pierwsze, zdecydowanie negatywne wrażenie nie daje się zatrzeć do samego końca. Shu po prostu nie nadaje się zupełnie na głównego bohatera. Po części właśnie na tym opierał się zamysł serii: gdybanie „a co, jeśli moc należną władcy (Gaiowi) otrzyma nawet nie Zwyczajny Chłopak, ale słabeusz, niestabilny emocjonalnie mięczak, popychadło?” najwyraźniej zostało uznane przez autora scenariusza za ciekawsze niż po prostu obsadzenie w roli głównej postaci charyzmatycznej i zdobywającej serca widzów bez trudu, jak Lelouch z Code Geass. Ale koncepcja pozostaje koncepcją, a wykonanie – leży.

Nie lepiej jest niestety z postaciami pobocznymi, choć na ich temat nie będę się już specjalnie rozpisywał. Wystarczy krótka, sprawdzająca się w dziewięćdziesięciu procentach przypadków zasada: jeżeli jakaś postać w Guilty Crown wydaje się ciekawa, to jest praktycznie pewne, że nie zostanie w żaden sposób rozwinięta, nie zmieni się, a nawet nie dostaniemy szansy, żeby poznać ją bliżej. Przy kompletnej miałkości pierwszego planu, dopełnianej przez partnerkę Shu, Inori, jest to wręcz nie do zniesienia. Co do samej Inori – nie spodziewajcie się niczego ponad kolejnego płytkiego klona Rei, który jakimś cudem urwał się z podziemi NERV. Ona też podlega „rozwojowi” i w jej przypadku jest to równie nieciekawe i mało emocjonujące, jak u Shu. Cienizna.

-

Sama konstrukcja fabuły też do najlepszych nie należy: tutaj niestety dają o sobie znać inspiracje Neon Genesis Evangelion. Kultowa seria z 1995 roku wiele zawdzięczała dobrze przemyślnej kompozycji – poważny, dramatyczny początek z Rei i Shinjim, potem rozluźnienie i fanserwis wprowadzone przez Asukę, lekkie odcinki przygodowe, żeby widz mógł zżyć się z bohaterami jak w każdej rozrywkowej serii, stopniowanie ciężkiego klimatu i ostatecznie brutalny gwałt na oczekiwaniach widzów w postaci ostatnich odcinków i kinówki End of Evangelion. Wszystko zostało rozplanowane tak, aby seria na lata zapisała się w pamięci widzów. Podobnie do sprawy próbowali podejść twórcy Guilty Crown, ale wyszło im to mocno niewprawnie. Pierwsza połowa serii, czyli przygody dzielnego ruchu oporu i ich wiernego chłopca na posyłki (w tej roli główny bohater) wypada głupio i komicznie, ale co najgorsze – nudno. Nie miałbym nic przeciwko niezamierzonemu humorowi, gdyby jeszcze seria zapewniała solidną porcję rozrywki, ale tak niestety nie jest. To, co miało przygotować widza na „mocne uderzenie” w połowie, zwyczajnie usypia i odrzuca od , a jeśli mimo wszystko jakoś przetrwa się te słabsze odcinki, trudno już odbierać historię na serio. Zresztą to „mocne uderzenie” takie mocne znowu nie jest, fakt, w odcinkach po dwunastym seria nabiera tempa i robi się nieco ciekawsza, ale wciąż nie jest to poziom, który usprawiedliwiałby tak denny początek. Finał zresztą też pozostawia wiele do życzenia, a ciekawe wątki zostają pospiesznie urwane, żeby zmieścić się z całą fabułą w ostatnich kilku odcinkach. A zakończenie? Rozczarowuje, nawet w zestawieniu z finałem Evy, z której Guilty Crown czerpie inspiracje w sposób ocierający się o plagiat.

Weronika #teczowykonik (@anioleczeksweat) — 537 Answers, 1872 Likes

Komu polecam? Nikomu, jest tysiąc fajniejszych serii rozrywkowych i dziesiątki lepszych tytułów na poważnie. Obejrzyjcie Code Geass, a jeżeli już widzieliście – obejrzyjcie jeszcze raz, bo to i tak lepszy sposób na spędzenie wolnego czasu niż Guilty Crown. Okej, były momenty, w których bawiłem się nieźle, znam gorsze serie, a sam fakt, że skończyłem to , świadczy o nim całkiem dobrze (z reguły dość szybko przerywam oglądanie gniotów). Ale to wciąż do bólu przeciętny, pełen wad tytuł, znośny, jeżeli przyswaja się go w tempie jednego odcinka na tydzień. A dwa tygodnie po zakończeniu emisji nie warto już pamiętać o jego istnieniu.Zrobiłam sobie w tą Wielkanoc świąteczne postanowienie – otóż chodziło o to, by nadrobić kilka tytułów, które mi już za długo zalegały na dysku. Pierwsze na liście było

, jednak oglądanie go okazało się zupełnie innym zbiorem wrażeń niż się spodziewałam, toteż nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przelać moich odczuć na „papier” ;P

Guilty

Poniższy tekst nie jest typową recenzją, więc się tego po nim nie spodziewajcie – to raczej luźny zbiór przemyśleń na temat serii, która ze świetnych zapowiedzi stała się upadłym królem jesieni.

Krzysztof Wodiczko. Sztuka Domeny Publicznej / Art Of The Public Domain By Fundacjaprofile

Opis maluje przed nami całkiem ładny obraz – w końcu tyle można z tym zrobić! Niesamowite starcia, dylematy moralne, rozwój bohaterów… Hmm, jeśli by się nad tym dłużej zastanowić, właśnie to dostajemy, tyle że w trochę innej formie niż się spodziewamy.

Co daje genialna oprawa audio-wizualna, jeśli to co jest w nią przystrojone okazuje się denerwujące i bezsensowne? Poczynając od głównego bohatera, który swoim zachowaniem i świętego wyprowadziłby z równowagi (w scenie, gdzie inna postać celuje do niego z broni nasz wewnętrzny głos krzyczy „STRZELAJ!!!”), a kończąc na fabule pełnej luk i zdecydowanie nie wykorzystującej swojego potencjału. Czyżby cały budżet poświęcono na wizualne fajerwerki, a na porządnego scenarzystę już nie starczyło? ;P

-

Dziury jednak dziurami – na wszystko da się przymknąć oko, jeśli

Czego Nauczyły Mnie Chińskie Bajki

0 Response to "Guilty Crown ZakońCzenie"

Posting Komentar